Dobro przyciąga Dobro – czyli nasze wakacje, część 1

2017-07-31-17-27-38_wm
Wakacje czas uznać za zakończone. Nie robimy tego chętnie, jednak to już październik. Czas trochę pożyć w Krakowie. Duży lekko tym faktem jest rozczarowany i wciąż wymyśla nowe wycieczki.

 

Opowiedzieć o naszych wakacjach bardzo chcę, bo były CUDOWNE.
Całe zamknę w zdaniu –
„Dobro przyciąga dobro.”
Choć to trochę jak tytuł książki o naszym życiu. Cóż jednak, teraz porywam go na potrzeby opowieści wakacyjnych. 😉

 

Zacznę od początku.

Lipiec, to wakacje na działce i uwierzcie mi, że to może być dobry czas.
Chłopaki bardzo lubią siedzieć na ogródkach działkowych. Leniuchować, bawić się, i zwyczajnie spędzać tam czas.
Wszystko smakuje tam inaczej. Zwyczajna kanapka z serkiem i rzodkiewką staje się wykwintnym daniem. A że w te wakacje, zamiast kromek mama zaczęła piec na blasze „proziaki” to już było wielkie coś!
Pielęgnowanie z mamą roślin, podlewanie nie tylko ogrodu ale i siebie nawzajem. No po prostu sielskie życie.

 

Jednak wszyscy czekaliśmy na koniec lipca. Przepełniała nas wielka radość, bo właśnie dzięki temu, że w naszym życiu jest Dobro i nie brak dobrych ludzi, a nawet nie zawaham się użyć tego słowa – Przyjaciół, mogliśmy wybrać się na sentymentalne wakacje w Łebie.
Przygotowania do podróży samochodem nad morze to było wyzwanie.
Jak chłopaki zniosą tak długą jazdę autem?
Fakt że lubią, nie ma znaczenia, po tylu godzinach może im się po prostu przestać podobać.
Nasze założenie –  damy radę dojechać w jeden dzień.
Choć z tyłu głowy jest myśl, że może to być niewykonalne. No i w razie czego trzeba będzie spontanicznie szukać noclegu na trasie.
Początek drogi, to sielanka. Zaraz… Piszę chyba o pierwszej godzinie jazdy.
No właśnie. Duży chciałby już być na miejscu, a poza tym chciał kawiarni, kawy, mcdonalda i jeszcze nerwowo masował kark Kigi, co wcale nie było już takie miłe.
Pomysły na to żeby się oparł, przytulił do poduszki, itd. były kwitowane zdecydowanie – przeczącym gestem ręki i werbalnym „e, e, e”  – co należy czytać
– Nie  i jeszcze raz Nie!
Kigi za kierownicą, ja pilot i wyciszacz złych emocji, pocieszycielka i entuzjastka w jednym.
– Jedziemy na super wakacje, – opowiadam chłopakom – ale to daleko, dlatego musimy jakoś dać radę. Duży damy radę?! Damy!
-…

 

Przystanków było więcej niż planowaliśmy, ale mimo różnych napięć i niepokojów po wielu godzinach dotarliśmy do Torunia.
Tu postanowiliśmy trochę pochodzić. Zrobić przystanek na zwiedzanie i zmianę nastroju. Pomogło jednak na krótką chwilę…
Jeszcze ze dwa przystanki i jest Łeba!
Byliśmy w Łebie dawno temu, więc to też trochę sentymentalna podróż. Myśleliśmy, że może lepiej wybrać jakąś mniej uczęszczaną miejscowość, ale jakoś ta nostalgia wygrała. Teraz już wiem, że to był dobry pomysł.
Witamy się na recepcji, zabieramy klucze, a tu miła Pani, że jeszcze jest kolacja, żebyśmy poszli, bo żurek jest itd.
Duży się ucieszył, ale przyznam, że trochę obawiałam się czy nie odreaguje tej podróży wprawiając w lot talerze, czym dał by się poznać od tej mniej akceptowanej strony. Wszystko jednak było dobrze. A po żurku poszliśmy powiedzieć morzu „Dzień dobry”.
Magia tego pierwszego wieczoru sprawiła, że już nikt nie myślał o trudach podróży.
Magia kolorów…
Piasek, morze i niebo były w tym samym kolorze – kawy z mlekiem. To było niezwykłe.
Efekt był taki jakby tam nie było żadnego morza. W mojej głowie pojawiła się myśl: „Ale jak to? To ta cała podróż i wysiłek na nic? Morza już nie ma?”
Na szczęście to trwało tylko kilka sekund.
Potem już piasek pod stopami, morze muskające nasze nogi i spacer.
Zmierzch, zachód słońca, a w oddali błyskawice. Wielkie przepełniające nas szczęście. Ja i Kigi przytuleni, a chłopaki przed nami. Wszystko jak w romantycznym filmie.

 

No i zaczął się czas „plażowania”, spacerów wzdłuż wybrzeża i cudowne wakacje nad morzem.
Codzienne zabiegi rehabilitacyjne dla chłopaków i rodziców… Tu może nie od początku było to zgodne z naszymi oczekiwaniami, ale na szczęście szybko udało się nam porozumieć. Był też czas na dalsze wycieczki. Najdalej to do Trójmiasta. Spacer po molo w Sopocie, to pewnie bardziej atrakcja dla rodziców. No może poza karmieniem mewy, tą karmiliśmy z Dużym. Zabawa była świetna, bo wszystko było dobrze póki nie daliśmy jej plasterka szynki. Wcześniej chleb był smaczny. Po chlebem pluła i chciała tylko szynki.
Małemu w Gdańsku najbardziej podobała się przejażdżka kołem widokowym AmberSky. Dla niego, to jak wielka winda, tylko jeszcze się kręci. Aż piszczał z radości patrząc na Gdańsk z góry.
Była też wycieczka do latarni Stilo, pływanie rowerkiem po jeziorze.
Najfajniejsza wycieczka, to ta na Ruchome Wydmy. Niesamowite miejsce. W zetknięciu z taką przyrodą trudno się nie zachwycać, a że wybraliśmy się bardziej popołudniu, to w pewnym momencie byliśmy tam prawie sami.

 

1 2
Choć z perspektywy czasu myślę, że najlepsze były długie wędrówki plażą. Mały z dnia na dzień coraz śmielej pokonywał fale. Duży znalazł najlepszą zabawkę na świecie – półtora litrowa butelka po napoju napełniona piaskiem i wodą. Można jej używać jak klepsydry. Jest super!

 

A i wykorzystaliśmy wczesne pobudki Małego Wojtka. Mogliśmy podziwiać nie tylko zachody słońca, ale i wschody. A na dodatek o tak wczesnej porze na plaży było niewielu szaleńców. 😉

 

Lepiej jest tam gdzie mniej ludzi i bodźców typu sklepy, reklamy, głośna muzyka i trącający przechodnie.

 

Mieszkaliśmy w domkach. A na trawniku między nimi rosły maślaki. Od morza dzielił nas pas lasu sosnowego i wydmy. Precyzyjnie wyliczyliśmy, że od plaży dzieliły nas 3 minuty drogi.

 

Spotkania z dobrem w ludziach.
Ech…  Czasem to było bardzo poruszające.
W czasie wycieczki pewien Pan, jeżdżący meleksem do plaży w okolicy latarni Stilo, zatrzymał się obok nas i zaproponował przejażdżkę. Widząc moją niepewność, dodał, że za darmo. Wprawdzie chodziło raczej o to żeby chłopaki pochodziły, ale gdy zobaczyłam jak Mały wyrywa się do wsiadania, trudno było się nie zgodzić. Po drodze do meleksa wsiadła jeszcze znajoma kierowcy i chyba o nas zapytała, bo nagle usłyszałam:
– Widzę matkę z niepełnosprawnymi dziećmi, to ich zabrałem. To normalne – tak trzeba. 
Poruszyło mnie to bardzo… „To normalne – tak trzeba.” Takiej normalności życzymy sobie i Wam jak najwięcej.
Drobne gesty czynią wielkie rzeczy. 
20604711_1431945370254656_3801020269459793496_n
Pewnego dnia na stoliku w jadalni czekała na nas niespodzianka.
W czasie posiłków przy stoliku obok siedziała dziewczynka 5 – 6 lat z babcią.
Kilka wymienionych zdań. Uśmiech i zwyczajne „smacznego” sprawiły, że nie byliśmy już anonimowi. A nawet więcej, że nie chciały wyjeżdżać bez pożegnania.
A to jeszcze nie wszystko…

 

Mamy też w Łebie swoją ulubioną kawiarnię – Palarnia Kawy Cafe N 5.
Można było się tam napić pysznej kawy palonej na miejscu. Trudno więc dziwić się Dużemu. Jak po takiej kawie może smakować ta zrobiona w kawiarce, kupiona w markecie? No przyznam, że nawet my kręciliśmy nosem.
Oczywiście do kawy był zawsze jakiś deser, który w niczym nie ustępował kawie. To też szybko pokochaliśmy to miejsce. Dlatego nie ma się co dziwić, że to tam było najbardziej wzruszające pożegnanie z Łebą i obietnica powrotu. Wojtka łzy, poruszyły mamę i tak szlochaliśmy sobie razem.
Film „Historia pewnego pożegnania” tutaj.

 

Mieliśmy też cały czas w głowie, że musimy się lepiej przygotować do drogi powrotnej. W czasie wycieczki do Trójmiasta było dobrze, ale to jednak dużo krótsza trasa i na takich nigdy nie było problemu.
Zastanawialiśmy się nad przygotowaniem zestawu: koc i poduszka. Jednak Wojtek w aucie nie siedzi nigdy oparty. Trochę z braku lepszego pomysłu czekaliśmy na cud. No i się wydarzył!
Duży coraz częściej jadąc autem bawił się spinnerem. Coraz rzadziej masował kark Kigiemu. Szelest spinnera był dla nas jak muzyka dająca spokój i ukojenie. Tak więc większą część drogi do Krakowa Wojtek spędził ze spinnerem. Aż chce się krzyczeć:
– Dzięki Ci Panie za spinnera!
Od tamtego czasu jazda samochodem jest frajdą dla wszystkich.  😉

 

Po powrocie do Krakowa szykowaliśmy się na kolejne wesele w tym sezonie, zaznaczę że to już było trzecie. Wcześniej byliśmy w czerwcu i lipcu. A wszystkie te śluby, to naszych cudownych „Łanowiczów” – wolontariuszy z naszej wspólnoty. To w sumie też była wycieczka, bo wesele było nad jeziorem Żywieckim.

 

Potem jeszcze obóz Łanowej i wyjazd do Nowego Targu, ale o tym w następnym poście.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Nasze wędrowanie, Opowieści naszej mamy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Dobro przyciąga Dobro – czyli nasze wakacje, część 1

  1. Pingback: Morskie opowieści – czyli wakacje 2018 | DlaDwochTakichCoUkradliSerce

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.