Każdy dzień może nieść wiele nowych odkryć… Wystarczy tylko patrzeć.

Tegoroczna majówka dla jednych to 9 dni wakacji, dla drugich chodzenie do pracy w kratkę.
A ja chyba przeżywam przesilenie wiosenne i najchętniej została bym w domu. No ok. Nie chodzi o to by zostać w łóżku i nic nie robić, bo to zbyt trudne. A plany na ten czas, to brak planów!

Może być działka i jest… może wypad za miasto, ale taki w wersji spacer i z powrotem. Z Dużym zrobimy pranie, bo na pranie zawsze jest dobry czas. A teraz, kiedy pranie może już wisieć na balkonie, to tylko prać i niech schnie i pachnie jak mówi Duży. 😉 Oczywiście jak na matkę przystało chętnie coś posprzątam, ogarnę… Czyli normalnie…
Czasem oprócz planowania czasu Wojtków, tak zwyczajnie chce się nie zmęczyć, mogłabym napisać, że chcę odpocząć, ale czy to w ogóle realne w życiu matki od zadań specjalnych? Moi synowie wymagają uwagi zawsze. Pobudka z Małym przed czwartą i radość, przecież wstaje nowy dzień! Ptaki głośno oznajmiają, że Wojtek nie jest jedynym, który nie widzi sensu spać o tej porze. Słońce wstaje za godzinę z minutami, a my już gotowi je przywitać. Dobrze, że idzie lato, bo korzystając z zeszłorocznych doświadczeń już niedługo będzie to pora naszego pierwszego spaceru.
Duży w tym czasie smacznie śpi i trochę mu zazdroszczę, ale też cieszy mnie ten fakt. Pamiętam czasy kiedy sen był mu zupełnie nie potrzebny.
Może i Mały za jakiś czas odnajdzie sens w dłuższym spaniu, kto wie?
No ale póki co jest czas by zaplanować kolejny dzień.
Jutro chyba pojedziemy zbierać pędy sosny na syrop. Pomysł się krystalizuje. 😉
To co sprawia mi olbrzymią przyjemność, to przyglądać się światu z Wojtkami. Tak wiele by umknęło moim oczom gdyby nie chęć pokazania chłopakom jak najwięcej.
Nie potrzeba do tego nic wielkiego. Taka majówka może być fajnym czasem na przyglądanie się światu, choćby dlatego, że jest tego czasu trochę więcej. Choć dla Nas chyba zawsze jest go tyle samo. 😉
Opowiem wam o czymś bardzo zwyczajnym, co może takie nie być, jeśli tylko poświęci się temu więcej uwagi.
To było tak dawno, że nie pamiętam kiedy. Były to czasy kiedy matka sama dzielnie towarzyszyła swoim synom. Czyli czasy przed Kigim.
Na kilka miesięcy wynieśliśmy się na wieś. Warunki były tam dość spartańskie, ale było nam bardzo dobrze. Duży próbował z moją pomocą poradzić sobie z traumą wspomnień, które w tamtym czasie uderzyły z dużą mocą. Jakby większa świadomość kazała mu się zmierzyć z własnymi przeżyciami. Mały w tym czasie uczył się życia.
Bywało lepiej i gorzej i pewnie wiele by można opowiedzieć. Choćby o tym, jak to matka by się otruła trutką na mrówki, wdychając ją przez kilka dni w pokoju w którym spała. Ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. 😉
To co było dla chłopaków bardzo rozwijające to obserwowanie przyrody. Kapusta od dwóch listków, gdy była sadzonką, do całego pola wielkich głów. Marchewka, cebula i zborze. Odkrywanie, gdzie jedzenie ma swój początek i że nie jest to sklep, sprawiło że chłopcy pokochali warzywa.
A najbardziej niezwykłe wspomnienie dla Dużego, to gdy przynieśliśmy do domu łodygi pszenicy. W moździerzu ucieraliśmy ziarna, a potem z tej mąki z otrębami piekliśmy placki na blasze. Pamiętam jak Duży mówił, że są „mniam”. Co mnie mocno zdziwiło. 😉
Takie to wspomnienia nasunęła mi ta majówka. I muszę przyznać, że takie życie blisko natury, to najlepsza terapia na świecie. 😉 A tak serio, to każda forma nauki w warunkach sztucznych zawsze była dla chłopaków nie atrakcyjna.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Opowieści naszej mamy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *