Niepełnosprawni, nie chorzy! W kontekście pewnej wycieczki

 


Wycieczka. Niby nic wielkiego. Dolina Chochołowska i okolica.
Wieczorem tak o niej pisałam na fb:
15 km w nogach, rozbite kolano – tym może pochwalić się Mały Wojtek.
Dzielny Mały człowiek. Ból okazał się tak mocny, że trudno było iść. Wisząc na szyi matki błagalnym wzrokiem mówił
– zrób coś, nie dam rady…
Najpierw próbowaliśmy iść trochę za dwie ręce. Potem tata chciał nieść na barana, ale tu potrzeba matki okazała się tak silna jak w małym dziecku.
Nie było rady, wzięła matka Małego Wojtka na barana i tak szli. Na szczęście nie było już daleko. No i czy nazywanie matki – matką od zadań specjalnych jest na wyrost? Sami powiedzcie…Duży martwił się o brata, Kigi o Małego i matkę, a i matka była pełna lęku. Choć wszyscy starali się być dzielni.
Oj zmęczeni jesteśmy, zmęczeni…

Oryginał tutaj: fb

Kolano Wojtka mocno stłuczone. Na szczęście nic nie jest uszkodzone, więc pewnie za kilka dni już o tym nie będzie pamiętał. Póki co chodzenie mocno utrudnia ból. Dlatego kolejny dzień to atrakcje dla Małego.

Jednak jeszcze kilka rzeczy o tym co wydarzyło się w poniedziałek.
Duży uwielbia obserwować ludzi przechodzących obok niego. Jak przystało na człowieka z autyzmem nie ma potrzeby robić tego dyskretnie. Czasem gdy zaciekawi go ktoś kto jest blisko, to odwraca się nagle dość energicznie w kierunku tej osoby. Ludzie albo tego mimo wszystko nie zauważają, albo czują się nieswojo. Oczywiście staram się wytłumaczyć to Dużemu, tylko nie jest mu łatwo z tego zrezygnować, bo coś go w tych ludziach bardzo pociąga. To tytułem wstępu. 😉
Taka sytuacja:
Idziemy sobie doliną i co jakiś czas Wojtek z różnej odległości obserwuje przechodzących ludzi, więcej kobiet.
Idzie sobie para. Duży przygląda się dziewczynie, a gdy ta go mija, Wojtek natychmiast odwraca się za nią. Dziewczyna poczuła się niepewnie. A chłopak, który z nią szedł wystrzelił do niej z pytaniem (niestety akurat gdy byłam blisko).
-To nienormalny był?
Nie usłyszałam odpowiedzi tej dziewczyny. Już nic nie słyszałam. Szum… Serce mi pękło z bólu, a oczy wypełniły łzy. Spuściłam głowę, starałam się nie mrugać, żeby nikt nie zauważył. Wiem… Mogłam zareagować, coś powiedzieć, może gdyby nie łzy.
A tu druga sytuacja:
Już po tym jak Mały upadł. Dotarliśmy do kolejki. Ulga. Uśmiechamy się do siebie, pocieszamy Małego, rozmawiamy z Dużym o tym co się wydarzyło, bo bardzo martwi się o brata. Za nami dwóch mężczyzn w czerwonych kurtkach. Wysyłają życzliwe uśmiechy. Jest dobrze.
Drogą idą rodzice z niepełnosprawnym synem na wózku. Słyszę komentarz od jednego z panów w czerwonej kurtce.
– O tam też idą rodzice z chorym dzieckiem.
No i tu mnie macie. Nie mogłam nie zareagować. Tak wiem, to był pozytywny pełen współczującej akceptacji komentarz, ale…
No jest to ale, jest i nic tego nie zmieni i albo będziemy o tym mówić albo nie. No więc odwracam się i z życzliwym uśmiechem na twarzy mówię:
– Niepełnosprawnym… Oni są niepełnosprawni, nie chorzy.
– Ja rozumiem, ale to chyba nie takie ważne… Odrzekł człowiek w czerwonym.
– Dlatego zwróciłam się do Pana, bo to jednak bardzo ważne. – dodaje wciąż pełna empatii.
– No ja wiem, dodam, że jestem lekarzem – zabrzmiał z dumą.
– To tym bardziej ważne proszę Pana.
– To już Pana nic nie tłumaczy… – dodał Krzysztof.
Dalej cisza.
My rozmawiamy z Wojtkami, Pan pokazuje koledze widoki. Rozstaliśmy się bez do widzenia, bez przepraszam, choć wydawało mi się, że mogłoby się pojawić…
Trudny to był dzień.
W kontraście jest na naszej drodze mnóstwo ludzi pełnych uśmiechu, otwartości, z akceptacją przyjmujących zbytnią zażyłość Dużego.
Pani po Słowackiej stronie, która po tym jak ją Duży wy-przytulał, wy-przytulała i nas. 🙂
Te spotkania dają siłę i wiarę, że może być inaczej, ale właśnie dlatego trzeba o tym mówić. Mówmy o tym gdzie się da. Pokazujmy, że niepełnosprawność to stan, a najważniejszy jest człowiek, który dla wielu jest za nią ukryty, a przecież  wystarczy tylko chcieć patrzeć.
Ta pierwsza historyjka pokazuje młodego człowieka, który nawet nie pomyślał… Czy gdyby pomyślał byłoby inaczej? Nie wiem, ale jest szansa, że tak. Mogłoby być inaczej gdyby nie moje emocje…
Ta druga pokazuje, że przykład idzie z góry.
-Panie doktorze, tytuł to nie wszystko.
A na koniec bardzo optymistycznie.
W przyszłym roku „Łanowa” – wspólnota założona przeze mnie – będzie obchodzić dwudziestopięciolecie i tym bardziej cieszę z rzeczy które w ramach tych obchodów się zadzieją, bo widzę jak są potrzebne.
Na razie nie zdradzę więcej. Czekajcie cierpliwie. 😉
#akceptacja
#jesteśmytacysami
#25latłanowej

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Opowieści naszej mamy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.