Chłopaki, to co byśmy zjedli – czyli jak moi synowie uczyli się nowych smaków :)

2016-01-05 14.44.39

Dziś mam ochotę na trochę wspomnień…
Opowiem Wam jak to było u nas z jedzeniem.
Z perspektywy czasu pewnie bym powiedziała, że lekko nie było, ale wtedy gdy chłopcy byli mali, tego zupełnie nie dostrzegałam.
Przyjmowałam chłopców w pakiecie z trudnościami i zupełnie nie widziałam tego jako problem.

Część pierwsza – Dieta na kotleta.

2016-01-05 15.05.26

Duży Wojtek – autysta – jadł tylko papki i to musiały być takie super gładkie. Starałam się bardzo, żeby były takie jak lubi, żeby mu smakowały i żeby chciał je zjadać.
Wciąż mam w pamięci naszą pierwszą wspólną Wigilię. Byliśmy wtedy u moich dziadków i było tam sporo ludzi. Moi rodzice, brat, ciocie, wujkowie, kuzynostwo… no i dziadkowie oczywiście. Ja siedziałam z Wojtkiem na wersalce, on niejako w drugim rzędzie, za mną. 🙂 Wszyscy przy zastawionym stole, przy barszczu z uszkami, karpiu, kompocie z suszu… a dla Wojtka miałam jego papkę na rosołku z piersi kurczaka w pół litrowym kubku. 🙂 Oczywiście nie było szans włożyć mu do buzi żadnego opłatka w czasie składania życzeń.
Powoli jak się poznawaliśmy i Wojtek obdarzał mnie większym zaufaniem, próbowałam podawać mu coś co miałoby inną strukturę niż papka. Na początku nie obyło się bez podstępu. 🙂
Chodziliśmy do kawiarni – jednej z bardziej znanych w Krakowie – Ja pierwszy raz w niej  byłam z panią od polskiego jeszcze w podstawówce.
Tak więc, ja z małym uroczym chłopcem, który kręcił głową ósemki i czasem tylko rozbił jakiś pucharek do lodów, czy filiżankę, zasiadaliśmy na zielonych kanapach. Zamawiałam kawę dla mnie i bitą śmietanę dla Wojtka.
Bita śmietana ma idealnie gładką konsystencję, więc była czymś akceptowanym przez niego. Jednak w tej bitej śmietanie krył się mój podstęp – rodzynka – coś czego nigdy nie wziął by do buzi, gdyby to zobaczył.
Wojtek był zdeterminowany żeby nie zjadać czegoś takiego, a że nie potrafił wypluwać wystawiał język z rodzynką i czekał aż ta spadnie. 🙂
Byliśmy dość niezwykłymi gośćmi, ale przyjmowano nas bardzo ciepło i nawet za ewentualne rozbite naczynia nie musieliśmy płacić. Kelner poinformował mnie, że to się zdarza. 🙂
Od tej rodzynki, która tak na prawdę miała go oswoić z czymś „tak dziwnym” w buzi, powoli przeszliśmy do normalnych zup, znaczy takich nie zmiksowanych na gładko. Trwało to oczywiście długo. Nie był to miesiąc ani dwa… Jednak jak się nad tym zastanawiam nie budziło to u mnie niepokoju. Ja nie miałam ciśnienia, że On musi się nauczyć, że nam się nie udaje… Przyjmowałam każdą kolejną próbę, jako próbę i nic więcej… Jak się udało było super i wielka radość, jak się nie udało, odkładałam zadanie do następnej próby.
Pierwsza kanapka jaką Wojtek zjadł sam, to było w znanym wszystkim fast foodzie. Radość moja była wielka. Nawet żartowałam, że list dziękczynny do dyrekcji tego fast fooda napiszę. Nawet nie myślałam, że tak się będę tym cieszyć.
Podstawą diety Wojtka były jednak zupy. Picie wybierał zawsze jako pierwsze i dlatego bardziej tolerował zupę, ale można go było namówić na zjedzenie mięsa, ziemniaków, sałatek… Nie lubił kluch. Dławił się nimi.
Właściwie mogę stwierdzić, że od tego czasu jedzenie nie stanowiło problemu. Wręcz była to sielanka. 🙂
W okresie dojrzewania, Wojtek jednak najpierw bardzo przybrał na wadze. Jadł sporo, a i jego metabolizm inaczej zaczął działać. Po czym, żeby nie było nudno, znów przestał jeść. Właściwie tolerował tylko kawę z mlekiem, herbatę, colę i można go było jakoś namówić do zjedzenia zupy, tylko to musiała być zupa w kubku bardziej do picia.
No i oczywiście zaczął spadać z wagi. W pewnym momencie zwyczajnie bałam się o niego. Pamiętam jak próbowałam go namówić na sok owocowy zamiast tych kaw, herbat, coli… Wszystko lądowało na ziemi.
Wtedy to wyjechaliśmy na wieś i tam namawiałam Wojtka do zjadania czegoś więcej… Wspólne zbieranie warzyw, ich przetwarzanie i próbowanie powoli przywróciło w Wojtku chęć do jedzenia.
Teraz jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. 🙂 Wojtek właściwie je wszystko. Jak każdy ma swoje ulubione dania i te mógłby jeść na okrągło, ale wie, że to nie możliwe i się z tym godzi.
Oczywiście kawa jest najważniejsza, ale tylu ludzi nie może żyć bez kawy. 🙂 Jednak obecnie bardzo chętnie pije wodę z sokami, które robimy razem w lecie. Lubi robić przetwory i lubi je konsumować.
I każdego dnia rano zadaje najważniejsze pytanie: Czy na obiad będzie mięso. Jeśli nie to jest rozczarowany i negocjuje, czy wręcz wyciąga jakieś z zamrażalnika i stawia nas w sytuacji bez wyjścia. 🙂

 

Część druga – Dzień bez kluchy dniem straconym.

2016-01-05 14.40.20

Mały Wojtek – z ZD – jak go poznałam był na diecie eliminacyjnej. To znaczy jadł cztery butelki po 250 ml. prosobee z kaszką kukurydzianą i glukozą i dwie butelki po 250 ml zupki z 100 gram piersi z kurczaka, jednego średniego ziemniaka, jednej małej marchewki, jednej małej pietruszki i glukozy (jak widzicie do dziś pamiętam przepis). 🙂 Właściwie nie pił.
Pierwsze próby podania mu wody – wszystko lądowało na śpiochach. Moczyłam mu usta, język i tak choć odrobinę wypijał.
Kiedy zabierałam Małego do domu, ta dieta nie stanowiła jakiegoś problemu, choć przyznam, że zapach prosobbe dla mnie był okropny.
Szybko wdrożyłam się w przygotowania zupek i z zegarkiem w ręku podawałam Wojtkowi wyczekiwaną butelkę. Ten chwytał ją w dwie ręce, kładł się na plecach i wciągał zawartość, aż miło.
Jest taka historia, związana z przygotowywaniem tych zupek, która mrozi krew w żyłach . 😉
Wybrałam się z moimi maluchami na wczasy nad morze, do Łaz koło Mielna. Sama podróż to wyzwanie, ale wielu rodziców to zna. 🙂 Pełno bagaży, tona pampersów, wózek dla młodszego, dwójka maluchów no i Ja, i jeszcze podróż z przesiadką. 🙂
Na miejscu mieliśmy pokój z łazienką. Na posiłki chodziliśmy do innego budynku na stołówkę. Cudne są takie wakacje, jak nie trzeba samemu gotować. Już sam ten fakt, powoduje, że człowiek czuje się zrelaksowany.
No ale Mały wymagał swojej specjalnej diety. Takiej nikt nam nie przygotuje, więc zabrałam z Krakowa, maszynkę do gotowania, dwa garnki na prosobee i zupkę, mikser z końcówką blendującą (nie było wtedy takich małych blenderów jak obecnie), odpowiednią ilość prosobee, glukozy i kaszek. Oczywiście 6 butelek ze smoczkami obowiązkowo. Na miejscu codziennie w pobliskim sklepie kupowałam pierś z kurczaka, marchewkę, pietruszkę i ziemniaka. 🙂
No i codziennie późną nocą przygotowywałam 6 butelek na kolejny dzień. Na szczęście miałam w pokoju mini lodówkę. I tak każdego dnia, potem o określonej porze Wojtuś te butle chwytał w łapki i na leżąco pochłaniał z wielką radością. I nie byłoby nic niezwykłego w tej historii, gdyby nie to, że pewnej nocy po nastawieniu zupki z kurczaka zwyczajnie zasnęłam. Wiem, to nie dopuszczalne. Jednak cóż mogę zrobić. Stało się. Teraz po latach to mogę się nawet z tego śmiać…
Wtedy obudziłam się nagle, bo dym mnie gryzł w gardło i zaczęłam kaszleć. Zobaczyłam… Właściwie nie wiele było widać. Pokój wypełniał dym. Okropny zapach spalenizny i paląca się zawartość garnka. Zerwałam się na równe nogi, odłączyłam kuchenkę, wyniosłam ją z płonącym garnkiem na balkon. Tam garnek zalałam wodą. Otworzyłam wszystkie okna. Wyniosłam śpiących chłopców na leżaki na balkonie, żeby mieli czym oddychać. Nic na szczęście im ani mi się nie stało.
Straty to garnek i zupka na następny dzień. Musiałam rano jeszcze przed śniadaniem iść do sklepu, żeby móc ugotować nową. No i jeszcze musiałam zdobyć garnek, bo ten się do niczego nie nadawał.
Zastanawiałam się, jak to jest, że nikt nie czuł tego okropnego smrodu. Kupiłam odświeżacz powietrza o zapachu lasu… No przecież mieszkaliśmy pod lasem. 🙂 Jednak przyznam, że nie ma nic gorszego niż odświeżacz powietrza o zapachu lasu i smród spalenizny. Normalnie płonący las. 😉
Oczywiście od tego zdarzenia nie było opcji, żebym zasnęła podczas gotowania zupek.
Z sześcioma butelkami jedzenia zdarzyło nam się iść też na pielgrzymkę do Częstochowy. To również było wyzwanie, żeby na każdym noclegu przygotować to jedzenie dla Małego, ale daliśmy radę.
Pierwsza zmiana w diecie Wojtka konsultowana z cudowną Panią Doktór (która znała mojego Wojtka wcześniej niż ja i wiele jej zawdzięczamy). Była to próba wprowadzenia soczków typu bobofrut, bo wciąż brakowało mi w jego diecie płynu. To dopiero było wyzwanie.
Trzeba było to robić bardzo powoli, bo Mały więcej rzeczy nie tolerował niż tolerował, ale to nie tylko z tego powodu. Od dłuższego czasu, Wojtuś żył w schemacie tych swoich zupek i one musiały zawsze smakować tak samo. Spróbowałam np. nie dać do zupki z kurczakiem glukozy, a za to delikatnie ją posolić. Zupka wylądowała na ścianie. Tak też było z soczkami. Ściana, a nawet sufit mogły nieźle oberwać, ale ja również jestem uparta. 🙂
No to była kolejna próba i kolejna… A żeby nie było za prosto postanowiłam zakończyć sprawę butelek. Łyżeczka w buzi – o nie, nigdy w życiu – myślał sobie Wojtek i wyginał się jak człowiek guma. Jednak małymi krokami, bez zbędnego zniecierpliwienia, akceptując to co dostajemy w danym momencie szliśmy do przodu.
Potem nauka gryzienia, czyli zmiana konsystencji. Oj było czasem dużo strachu, bo Wojtuś się dławił, nie potrafił pogryźć, plątało mu się jedzenie w buzi. Czasem wręcz kończyło się obracaniem Wojtka do góry nogami, żeby wypluł to czym się dławił. Powoli jednak radził sobie coraz lepiej. A i powoli mogliśmy wprowadzać „normalne jedzenie”.
Wojtek obecnie uwielbia najbardziej to, czego z powodu diety dawniej nie mógł jeść, czyli mleko, chleb, i szeroko rozumiane kluchy (pierogi, kopytka, knedle, naleśniki itd.).
Jednak bardzo długo musiałam go karmić. Pierwszego pączka wziął do ręki jakieś 5 lat temu. 🙂 Wcześniej nie było to możliwe. Ręce wyginał we wszystkie strony, byle tylko nie dotykać takich dziwnych rzeczy. 🙂
Jedyna trudność jaka została, to z piciem. Mimo różnych terapii, masażów, prób słabo sobie radzi z utrzymaniem płynu w ustach, ale na szczęście ktoś wymyślił kubek niekapek 360. Dzięki niemu Wojtek pije wszystko co lubi.
Jak chodzi o jedzenie, to ze względu na słabe trzymanie płynów (choć i tak jest super w porównaniu do tego jak było jeszcze kilka lat temu) zupa musi być gęsta. Wtedy sam może ją zjeść, a to obecnie jest dla niego ważne.
Ostatnio nawet mięso mu smakuje, bo jak był mały to musiałam je chować pod ziemniakami. Kromka chleba bez żadnych dodatków jest najlepsza.
Jednak na pierwszym miejscu w jego diecie są kluchy. 🙂

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Opowieści naszej mamy i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *